facebook google twitter tumblr instagram linkedin
  • Start
  • Kategorie
    • Lifestyle
    • Fashion Diary
    • Beauty & Care
    • Podróże
    • Poradniki
    • Event
  • Serie
    • Basic
    • Long Hair Don't Care
  • Mapa podróży
  • O mnie
  • Kontakt

Emilia Miller

Nie odkryłam jeszcze idealnej pielęgnacji, aby zniwelować moje pory w okolicy nosa, za to odkryłam magiczny sposób aby ukryć je pod makijażem, przedłużyć jego trwałość i zagwarantować matowe wykończenie. Odpowiedzią na moje potrzeby okazała się baza z marki Smashbox Photo Finish Pore Minimizing.

Smashbox Photo Finish Pore Minimizing
Baza dostępna jest na wyłączność w perfumerii Sephora i kosztuje około 160 zł za pojemność 30ml. Jest także możliwość zakupienia mniejszej pojemności - 15ml. Produkt należy do rodziny baz z marki Smashbox, do wyboru mamy także te wygładzające, korygujące koloryt buzi, rozświetlające oraz jednego z moich ulubieńców - Primer Water, którego recenzję znajdziecie w tym wpisie.
Baza ma cielisty kolor, jest dość gęsta, ale bardzo łatwo rozsmarowuje się na skórze przypominając piankę albo mus. Potrzebna jest naprawdę niewielka ilość, aby ukryć pory - nakładam ją tylko i wyłącznie na nos oraz okolice tuż za nim, tam gdzie pory są najbardziej widoczne, w pozostałych częściach twarzy mam tylko i wyłącznie krem. Nie roluje się, nie ściera, za to pozostawia matowe wykończenie i.. od razu robi efekt fotoszopa, wypełnienia porów (a także zmarszczek mimicznych) i niesamowicie wygładza buzię! Nałożone na niej produkty (aktualnie mój ulubiony podkład to również Smashbox Studio Skin) trzymają się bez problemu calutki dzień, nie ślizgają się na bazie. W trakcie dnia baza nie traci swoich właściwości, ciągle wypełnia pory i przedłuża trwałość podkładu. Współgra z każdym podkładem, jaki testowałam, zarówno matujące, kryjące, jak i rozświetlające. Nie wysusza i nie podkreśla suchych skórek.

Opakowanie to pastelowo-fioletowa elastyczna płaska tubka z wyciągniętą szyjką z małym otworem, dzięki czemu możemy wycisnąć produkt do końca, bez obaw o marnowanie go. Duża czarna zakrętka zamyka produkt, który finalnie kupujemy tekturowym opakowaniu, na którym znajdziemy wszystkie informacje.

Czy zapycha? Zdecydowanie nie. Ta strefa (nos i okolice) nie są u mnie aż tak podatne na zapychanie, a kluczem do mojego sukcesu jest odpowiedni demakijaż po całym dniu i pielęgnacja. Jest to baza silikonowa, wypełniająca, więc nie wchłania się do skóry - pozostaje na niej, więc trzeba wykonać porządny demakijaż (np micele + żel albo oleje), aby oczyścić pory. Czy obciąża skórę? I tutaj też śmiało odpowiadam nie. Bałam się tego na początku, jednak teraz widzę, że nic złego ze skórą się nie dzieje, nawet przy codziennym używaniu.



Jest moją ulubioną kremowa bazą z tej rodziny. Uwielbiam ją zarówno ja, jak i moja mama i namiętnie kupujemy kolejne opakowania. Jedno starcza na pół roku codziennego używania. Na tą chwilę nie znalazłam lepszej bazy i razem z mamą zostajemy przy niej! Używam jej także do zdjęć makijażu dzięki czemu moja skóra już w aparacie wygląda jakbym dotknęła jej pędzlem z PhotoShopa i nałożyła blur :D



16:20:00 9 komentarze

Skóra pod oczami wymaga zarówno odpowiedniej pielęgnacji, jak i makijażu kolorowego. Jeśli ją obciążymy, odwdzięczy się suchą, nieprzyjemną strukturą, która dodatkowo utrudni nam zakrycie niechcianych kolorów, trwałość produktów oraz ich aplikacje. Dużo osób zmagając się z mocnymi zasinieniami codziennie nakłada ogromną ilość ciężkich korektorów oraz pudrów, aby to wszystko zakryć. Przy odpowiedniej pielęgnacji, nawodnieniu organizmu i zdrowej diecie, a także odpowiedniej ilości snu część problemów zniknie, jednak jeśli na co dzień się malujecie i nie chcecie zbytnio obciążać delikatnej strefy - odkryłam puder idealny!
Myślę, że o pudrze Laura Mercier słyszała każda makijażowa fanka, jednak często ze względu na dość wygórowaną cenę szukamy jego zamienników. To puder, który pasuje niemal do każdej cery, w każdym wieku, niezależnie od tego czy jest sucha, mieszana czy tłusta, który przez swoją niemal całkowitą transparentność dopasuje się do większości karnacji, a jednocześnie nie będzie pozostawiał uczucia ściągnięcia i efektu płaskiego matu. Mimo, że jestem zwolenniczką pudrów sypkich, dałam szansę nowości z marki Bell Hypoallergenic - Perfectionist Powder.

Perfectionist Powder
Bell Hypoallergenic
Puder dostępny jest w 3 kolorach:
01 HD Banana
02 HD Pastel
03 HD Peach



Każdy z nich to 8 gram pięknego, kwiatowego tłoczenia zamkniętego w bardzo solidnych, całkowicie przezroczystych opakowaniach z zatrzaskiem. Analogiczne do nazw są także kolory - składają się z transparentnego 'tła' oraz żółtego, pomarańczowego lub różowego tłoczenia. Po zmieszaniu obu kolorów z opakowania puder nadal pozostaje transparentny, jednak z delikatną kolorową poświatą. To właśnie odcień 01 Banana jest zamiennikiem pudru Laura Mercier. Mimo wszystko do naszej typowo słowiańskiej urody będzie pasować każdy kolor - możemy nim także korygować kolorystykę naszej skóry (np. żółty i pomarańczowy na fioletowe zasinienia, różowy w celu dodania promiennego, wiosennego blasku).
Pudru używam głównie pod oczy nakładając go gąbeczką, rzadziej nakładam go pędzlem na całą twarz - strefa T wymaga większego matu, jednak na policzki nadaje się w sam raz. Produkt nie pyli się i łatwo chwyta skóry. Jest niewyczuwalny, nie obciąża delikatnej skóry, nie jest tępy i utrwala korektor wcześniej nałożony. Pozostawia ją wygładzoną dzięki kompleksowi HD, jednocześnie pięknie wygląda na zdjęciach i filmach. Nie robi flashbacku. Nie jest to puder matujący, ani rozświetlający, nie znajdziemy w nim ani jednej drobinki brokatu. Jest to wykończenie satynowe i jedwabiste, czyli ultra lekki mat, utrwalenie, ale jednocześnie widać zdrowy glow skóry wzbogacony kolorem pudru. To właśnie dlatego tak dobrze wygląda nałożony pod oczami. Jest także bardzo lekki, drobno zmielony, co uważam za kolejny atut. Kosztuje 25 zł za opakowanie i jest dostępny w drogeriach. Ten puder jest moim must have na wiosnę! Uzależniłam się od niego i teraz tylko jego używam pod oczy oraz policzki, jednak całe opakowanie skruszyłam i przesypałam do starego opakowania po innym sypkim pudrze, w takiej formie sprawdza mi się lepiej. Strefa T niezmiennie uwielbia puder z GR.



Jakich pudrów wy używacie do makijażu?
Jaki efekt najbardziej was zadowala? Rozświetlenie, mat a może satyna?
19:30:00 9 komentarze

Niecały rok temu na blogu zachwycałam się zestawem do konturowania marki Smashbox, w którego skład wchodził cudowny chłodny puder do konturowania, ciepły bronzer bez pomarańczowych tonów i jasny, żółty puder do rozjaśniania buzi, szczególnie strefy pod oczami. Spokojnie, moja miłość nie minęła, choć produkt prawie całkowicie wykończyłam. Ostatnie pół roku, kiedy słońce już nie wychodzi zza chmur, namiętnie korzystałam tylko i wyłącznie z pudru brązującego marki Benefit Cosmetics - kultowa Hoola. Do mojej rodziny dołączyła w styczniu także jego jaśniejsza i delikatniejsza siostra, czyli Hoola Lite. Na myśl przyszedł mi temat - dlaczego nie porównać ich obu i nie ułatwić wam kupna jednego (a może dwóch) z nich? Jeśli jeszcze ich nie znacie lub mieliście do czynienia tylko z jednym - przedstawię je wam w skrócie.


Oba produkty są dostępne na wyłączność w perfumerii Sephora i kosztują około 170 zł. Klasyczna Hoola jest dostępna zarówno w formacie mini o gramaturze 4g (połowa), a także w limitowanej edycji JUMBO czyli 16g (2x większa). Normalna gramatura to 8g niekończącej się przyjemności. Puder zamknięty jest w niesamowicie trwałym, opornym na ciągłe otwieranie i na upadki tekturowym opakowaniu wraz z lusterkiem i mini pędzelkiem z naturalnego włosia (osobiście nie przepadam za nim). Nigdy nie miałam do czynienia z tak świetnie wykonanym opakowaniem! Z racji tego, że pracuje w Sephorze widzę ten produkt niemal codziennie, jednocześnie wiem ile razy jest on w stanie upaść i.. się nie potłuc. Ciągłe otwieranie, używanie kilka razy dziennie przez klientów, a on ciągle wygląda idealnie. W dodatku bardzo łatwo wyczyścić tekturkę z ewentualnych zabrudzeń. Kolejną zaleta jest głębokie umieszczenie produktu - umożliwia ono zanurzenie całego pędzla i nabranie produktu, jednocześnie to co zacznie się pylić nie wysypie się poza opakowanie i przy następnym użyciu można najpierw użyć tego sproszkowanego.
Czas wyjaśnić rzucone wcześniej hasło 'niekończąca się przyjemność' - przy tak dobrej pigmentacji wydajność produktu wzrasta i nie sposób zużyć go w czasie krótszym niż rok, a nawet dwa.
Co jeszcze łączy oba te produkty? Łatwość blendowania. Nie dość, że wystarczy bardzo mała ilość produktu, żeby musnąć skórę odrobiną słońca, to rozcieranie go jest wielką przyjemnością. Jest on miękki, współgra z wcześniej nałożonym podkładem i pudrem, nie zostawia plam i wszystko da się skorygować, jednak warto pamiętać - mniej znaczy więcej i lepiej zbudować kolor dokładając warstwę, niż od razu nakładając za dużo. Efekt jest niesamowicie naturalny, na mojej neutralnej, jasnej skórze wygląda lepiej niż czyste konturowanie chłodnym bronzerem (może wystąpić efekt 'trupa'), bo dodaje jej blasku i świeżości. Warto dodać, że bronzer jest całkowicie matowy, bez ani jednej drobiny ani efektu satyny. Trwałość - nie znika buzi przez cały dzień, pozostaje na miejscu nieruszony, nie traci na intensywności i to mnie najbardziej zaskoczyło. Czas przedstawić znaczącą różnicę - kolor.



Hoola
Promienne lato, drink w cieniu palmy.. dokładnie tak opisałabym ten kolor.  Jednocześnie kolor mi się kojarzy z piachem podczas zachodzącego słońca, z delikatną domieszką ciepłych, złocistych tonów. To mieszanka całkowicie neutralna, która w mniejszej ilości może posłużyć za lekki kontur (lecz nie jest on do tego przeznaczony), a w większej do ocieplenia buzi i do tego własnie został stworzony. Pozostawia na skórze promienny kolor, przez który skóra od razu nabiera zdrowego blasku i witalności. Mała ilość działa cuda!

Hoola Lite
Z zasady przeznaczony do jasnej karnacji taka jak moja. Kolor jest ciut chłodniejszy, jednak ciągle neutralny, odcień typowo piaskowy, niczym pustynia - to dla niego idealne określenie. Nie przepadam za nim solo, daje bardzo soft efekt konturu i ocieplenia, chyba, że to ultra lekkiego makijażu (tj. korektor pod oczy i punktowo, kredka na brwi i wytuszowane rzęsy, rozświetlone policzki i usta), za to znalazłam całkowicie inne zastosowanie, które przetestowałam na kilka sposobów, jednak przekażę Wam ten najlepszy: nakładamy klasyczną Hoola na policzki, zarówno w linię konturu jak i nad (strefa ocieplenia), a następnie w samą linię konturu (zagłębienie, dziubek) nakładamy Hoola Lite, która nabiera.. chłodnego odcienia! Dzięki temu pogłębiamy nasz kontur, mając jednocześnie zdrową, promienną, muśniętą złotym słońcem skórę :)

Podsumowanie
Który wybrać?
Gdybym miała wybierać Hoola czy Hoola Lite, biorąc pod uwagę swoją jasną karnację.. wybrałabym oczywiście klasyczną wersję. Moim zdaniem wygląda o wiele lepiej na buzi, dla mnie wersja Lite jest ciut za jasna i robi się żółtawa. Dodatkową zaletą jest zużycie produktu - ciemniejszego zużyjecie mniej, bo będziecie go nakładać także mniej. Dla wprawionej ręki nie ma mowy o krzywdzie czy plamach. Jeśli jednak miałabym możliwość kupienia obu kolorów - oczywiście bym tak zrobiła!



A Wy jakie macie ulubione produkty do konturowania i ocieplania buzi?
Wolicie chłodne konturowanie czy delikatne muśnięcie słońcem i ocieplenie?
Znacie te produkty od Benefit Cosmetics? 
Który z nich wybierzecie jako pierwszy do testów?
12:00:00 4 komentarze

Wielkimi krokami zbliżają się święta, a tuż po nich sylwester i dwa miesiące karnawału, zabawy i brokatu! Marka Bell ponownie wychodzi z nowościami, które znajdziecie od pierwszych dni grudnia do końca stycznia w Biedronkach. Nazwa nie powinna Was zaskoczyć - CARNIVAL. Co znajdziemy tym razem w kolekcji? 3 połyskujące lakiery do paznokci, a z kategorii makijaż rozświetlający puder wykończeniowy do twarzy i ciała o zapachu wanilii (HIT), delikatne pomadki w sztyfcie oraz winylowe, bardzo mocnokryjące, napigmentowane błyszczyki, plus nowość - sypkie pigmenty do makijażu oczu!

Design
Najnowsza limitowana kolekcja to połączenie klasycznej głębokiej czerwieni, mocnego niebieskiego i złota. Wszystko posiada motyw grubych pasów. Poza karnawałem, wyczuwam bardzo mocną inspirację cyrkiem! Mimo, że kolorystyka oraz design nie przemawiają do mnie w pełni, to nazwy już tak, podobnie jak same produkty, które mnie mocno zaskoczyły.


SHOW OFF
Tym razem do wyboru mamy 3 produkty:
01. biżuteryjny bezbarwny top coat z masą wielokolorowych i wielowymarowych, nieregularnych drobin
02. klasyczna czerwień o lustrzanym blasku, gładka i w pełni kryjąca
03. czerwień o lekko malinowych tonach z dodatkiem złotego pyłu, który niesamowicie odbija światło
Jak się zapewne domyślacie, moim ulubieńcem jest TOP, który potrafi zmienić KAŻDY manicure (w moim przypadku hybrydowy) w zupełnie coś innego, świeżego, bez żadnych umiejętności i tracenia czasu. Wystarczy przeciągnąć jedną lub dwie warstw produktu i mamy nowy, olśniewający look. Pozostałe lakiery zapewniają pełne krycie po 2 warstwach.
CENA: 7,99 zł


SHINY LIPS
Półtransparentna pomadka w wykręcanym, klasycznym sztyfcie nadająca ustom lekkiego koloru, a także uczucie gładkości i zadbania. Gładko sunie po ustach pozostawiając je nawilżone, więc nie musimy martwić się o przesuszenie i podkreślenie suchych skórek. Krycie można delikatnie stopniować, zyskując dzięki temu większy efekt rozświetlenia - pomadki zawierają w sobie złote, malutkie drobiny, które pięknie odbijają światło w zależności od kąta padania. Idealnie dopełnią każdy makeup, są niezobowiązujące, można ich używać na codzień do lekkiego looku. Ich trwałość to kilka godzin. Pięknie pachną wanilią i pudrowością.
01 Strawberry Slushie - truskawkowo-czerwony odcień o największym kryciu
02 Bubblegum Smothie - słodki, jasny, chłodny róż przypominający gumę balonową
03 Tutti Frutti Soda - brzoskwiniowo-łososiowy odcień o neutralnych tonach
CENA: 9,99 zł


VINYL LIPS
Totalny HIT! Błyszczyk o 100% kryciu, które osiągamy już po jednym przeciągnięciu, jednocześnie zapewniając niesamowity blask i szklane odbicie. Opakowanie klasyczne dla błyszczyków i pomadek matowych, jednak gąbeczkowy aplikator jest spłaszczony z obu stron, jest też bardziej giętki - przemyślane, ponieważ błyszczyk jest dość gęsty. Proponuje nakładanie błyszczyka po wcześniejszym nałożeniu konturówki na usta - ułatwi to pracę, wyznaczenie granic ust, a także zapobiegnie wylewaniu się poza kontury. Trwałość? Całkowicie mnie zaskoczyła, jak na produkt tego typu - nawet jedząc kanapkę, w bardzo naturalny sposób, produkt ciągle był na ustach, zeszła tylko ta gładka, śliska i błyszcząca warstwa, więc spokojnie mogłam dołożyć szminkę na nowo.
PS. Spójrzcie tylko na tą czerwień.. stworzona na typowy świąteczny glam look! UWAGA! Lubią się wszędzie odbijać! Dostępny w 3 odcieniach:
01 Circis Peanuts - czy to jest kolor orzeszków ziemnych? Myślę, że mają coś wspołnego, może jest jednak od nich nieco chłodniejszy, na mojej buzi nabiera szarych tonów, mimo, że w opakowaniu to chłodny, średni nudziak
02 Cotton Candy - to jest ten rodzaj koloru, który mogłabym nosić na codzień - brudny, zgaszony róż o ciepłym podbiciu, dzięki czemu wybijają w nim lekko ceglane tony. Idealny dla jasnej karnacji i blond włosów, a także tych zielonookich rudych.
03 Candy Apple - kojarzycie te szklisto-czerwone jabłka w karmelu, halloweenową przekąskę z USA? To dokładnie ten kolor! Głęboka czerwień, równowaga ciepłych i zimnych tonów. Stworzona dla każdego typu urody.
CENA: 9,99 zł







VANILLA SUGAR FACE & BODY SHINE POWDER
Nowość, takiego produktu jeszcze nie było - 7 gram sypkiego pudru rozświetlającego do twarzy i ciała zamkniętego w czerwonym zakręcanym pudełeczku wraz z gąbeczką. Jasno-beżowy odcień, ogromna ilość drobnozmielonego, połyskującego na srebrno i złoto pyłu (ale nie jest to brokat) - nie jest to rozświetlacz, a puder, którym możemy oprószyć twarz, chociaż prędzej użyłabym na ciało - dekolt, ramiona, szyja. MUST HAVE sezonu karnawałowego. Dodatkowy plus? Niesamowicie pachnie wanilią. Nie mogę się doczekać aż go użyję na większe wyjście!
CENA: 13,49 zł


METAL FROSTING EYESHADOW
Chyba mój ulubiony produkt z tej kolekcji - mocno połyskujący, foliowy cień zamknięty w słoiczku. Jego konsystencja jest pomiędzy produktem sypkim, a prasowanym - pozbijany jest w duże grudki, które wystarczy przenieść za pomocą palca na powiekę (pędzel się nie sprawdzi) i makeup jest gotowy. Wyglądają dobrze solo, a także jako uzupełnienie wieczorowego, mocnego makijażu oka. Nadaje intensywny blask, mocny kolor - zupełnie jak cień foliowy. UWAGA! Ostrożnie z otwieraniem słoiczka, żeby nie stracić połowy produktu przez wysypanie go! Trwałość? Jak najbardziej jest! Uwielbiam go nakładać na glitter primer z NYXa, dzięki czemu mam jeszcze większy efekt blasku i trwałości! MUST HAVE! Musisz to mieć! Ja już go widzę w świątecznych makijażach, efekt WOW gwarantowany! Dostępny jest w 4 niesamowitych... popcornowych odcieniach (myślę, że nawiązanie do popcornu jest nie bez powodu - jego konsystencja dokładnie przypomina tę przekąskę):
001 Classic Popcorn - jasny szampański odcień o ciepłym podbiciu z różanym tonem, obijający złoty blask
002 Carmel Popcorn - pomarańczowa miedź, ciepła, złocista z poświatą w kolorze jasnego żółtego złota, stworzona na zielonookich, rudych, a także dla brązowookich
003 Peanut Butter Popcorn - ciepły, czekoladowy odcień o brązowych tonach i złotych drobinach,
004 Cookie Popcorn - w kolorze ciasteczka OREO - chłodny, ciemny brąz z domieszką czerni o złoto-srebrnym blasku
Jak się zapewne domyślacie - moimi ulubieńcami są odcienie Classic i Carmel - coś czuję że sie z nimi nie rozstanę za szybko!
CENA: 9,99 zł









A wam jaki produkt spodobał się najbardziej? 
Na co się skusicie?
Pamiętajcie, że to zimowa edycja limitowana CARNIVAL od marki BELL jest dostępna w Biedronkach od 1 grudnia TYLKO przez dwa miesiące lub do wyczerpania zapasów!


15:34:00 7 komentarze

W końcu dojrzałam do tego, aby kupić droższą paletę cieni. Było to dla mnie dość spore wyzwanie, ponieważ jestem dość wybredna i miałam 3 powody dla których nie mogłam się przez dłuższy czas na nic zdecydować:
1. Paletki MUR z nowych serii mają świetną, wystarczającą jakość - mogę mieć dużo za niską cenę
2. Żadna paleta mnie nie zadowala w pełni (ilość cieni, jakość, kolorystyka i dobór kolorów, np. palety Hudy)
3. Pracując w Sephorze zdążyłam solidnie zapoznać się ze wszystkimi dostępnymi tam paletami i przekonać się, że wcale nie są mi potrzebne do szczęścia.
Cena nie grała roli - na wymarzoną paletę mogłam przeznaczyć dowolną kwotę, jednak musiała mnie chwycić za serce i nie puścić po kilku użyciach. Postanowiłam sobie kupić coś nowego z okazji urodzin, które mam w czerwcu, jednak do sierpnia nie pojawiło się nic co by mnie zainteresowało. Moje serce zabiło mocniej, kiedy premierę miała paleta Urban Decay. Wiedziałam, że musi być moja.

BORN TO RUN to paleta 21 cieni o wykończeniu matowym, satynowym oraz błyszczącym i metalicznym. Można ją podzielić na dwie części pod względem kolorów - zachód słońca i ziemia. Nie pochodzi ona z kultowej serii NAKED, które moim zdaniem nie mają się czym bronić - tylko 12 kolorów, które zlewają się w jednokolorową plamę, wysoka jakość nieadekwatna do średniej, bardzo przeciętnej jakości. BTR stoi kilka poziomów wyżej z jakością i sprawiło, że odzyskałam wiarę w cienie Urban Decay. Cienie zamknięte są w bardzo solidnym, masywnym opakowaniu zamykanym na mocny magnes, a wewnątrz znajdziemy duże lusterko. Design całkowicie przypadł mi do gustu - pełna inspiracja podróżami po świecie, jest to kolaż zdjęć z zakątków naszej Ziemi.  Matowe - to bajka, niesamowicie napigmentowane, bardzo miękkie, ale niepylące, ławo przechodzą na pędzel i na powiekę, pigmentu nie ubywa, a blendowanie i praca nimi to chwila przyjemności. Ani jeden się nie osypuje! Nie mogę o nich powiedzieć ani jednego złego słowa, za wyjątkiem łososiowego cienia, który jest nieco bardziej suchy. Po raz pierwszy polubiłam się z cieniami o wykończeniu satynowym - można z nimi działać jak z matem, jednak dają przy tym bardziej świetliste odbicie. Są bardziej zbite, twarde, pigment trudniej przechodzi na pędzel, jednak praca na powiece należy do bardzo przyjemnych. Cienie błyszczące, metaliczne - tu się chyba nie da niczego zepsuć :) Są miękkie, najlepiej wyglądają nałożone palcem na mokrą powiekę (z bazą, glitter primerem), jednak nie ma problemu z nałożeniem ich pędzlem, a nawet z blendowaniem. Odbijają światło na różne kolory, część z nich nawet na więcej niż dwa, połyskują przez cały dzień.


Poniżej pełen spis kolorów wraz z oznaczeniem (M, S, B):
M-matowy
S-satynowy
B-błysk/metalik

BREAKAWAY (S) - bazowy, jasny beż
STRANDED (B) -  jasne złoto opalizujące na żółto i różowo
BLAZE (B) - niemal cielisty cień dający opalizującą poświatę złoto-różaną
WEEKENDER (M) - ciemniejszy odpowiednik bazowego cienia w macie, dla jasnych karnacji może być za ciemny, jednak można nim fajnie zbudować powiekę w dziennym makeupie
STILL HOT (M) - łososiowy, pastelowy pomarańcz z domieszką różu
RIFF (M) - ulubiony, uniwersalny, transferowy cień do podkreślania załamania, ciepły średni brąz
GOOD AS GONE (S) - ciemny, ciepły czekoladowy brąz z delikatnym złotym pyłem

HELL RIDE (M) - cudowny amarant, róż, fiolet i bordo w jednym
BAJA (M) - najpiękniejszy, ciepły, soczysty i intensywny jesienny/późno-letni pomarańcz
ACCELERATE (B) - pomarańczowo-miedziane złoto
GUILT TRIP (B) - fiolet o chłodnych tonach ze srebrzystą poświatą
IGNITE (B) - jasnopomarańczowe złotko
SMOG (B) - antyczne, brudne złoto
WANDERLUST (B) - zgniła zieleń, ciemne khaki, które przypomina mi kolor dolarów

WILDHEART (S) - amarantowy róż ze srebrzysto-różową poświatą
PUNK (M) - bardzo ciepły brąz o bordowym podbiciu
DOUBLE LIFE (B) - miedziano-różowy brąz
JET (S) - głęboka czerń ze srebrzystym tonem
DRIFT (B) - niesamowity odcień grafitu o srebrnych, sino-fioletowych, chłodnych tonach
RADIO (B) - kolor głębokiego morza, turkusowy, ciemny granat, morski
BIG SKY (B) - jasny turkus o niebieskim/błękitnym i zielonkawym podbiciu

Praca tymi cieniami, tak jak wspomniałam, to czysta przyjemność. Trwałość? Bez problemu utrzymują się cały dzień niezależnie czy nałożę je na korektor czy bazę (Smashbox 24h lub Zoeva). Nie ważą się, nie rolują i nie wchodzą w załamania, nie tracą na intensywności podczas nakładania, pracy, blendowania, a także podczas dnia, istnieje możliwość stopniowania koloru, nie robią plam, wszystko można rozetrzeć. Widzę dość dużą różnicę pomiędzy tą paletą, a paletami, które dotychczas kupowałam, czyli głownie Makeup Revolution.

BORN TO RUN stała się moją ulubioną paletą, od dnia zakupu się z nią nie rozstaję. Towarzyszy mi każdego dnia, bez wyjątku, zabieram ją na każdy wyjazd, zarówno do domu jak i na typowe wyjazdy. 21 cieni idealnie dobranych, aby stworzyć makuep dzienny w 3 minuty, wieczorowy, elegancki, szalony i kolorowy, dosłownie na każdą okazję. Beż, czarny, brązy, różne kolory w przeważającej ciepło-neutralnej tonacji, różne wykończenia. Nic dodać, nic  ująć. Moja paleta idealna i samowystarczalna.







22:00:00 6 komentarze
Starsze posty

O mnie

Jestem Emilia, mam 22 lata. Na moim blogu znajdziesz wpisy o dotyczące urody, mody, a także podróży! Mam nadzieję, że znajdziesz tu coś dla siebie i zostaniesz ze mną na dłużej xoxo .
Kopiowanie treści oraz zdjęć zamieszczanych na blogu jest surowo zabronione.
Kontakt: miller.emilia0@gmail.com

Kategorie

RECENZJE basic event lifestyle long hair don't care moda podróże poradnik uroda

Archiwum

  • ▼  2019 (5)
    • ▼  sierpnia (1)
      • Fotoszop w tubce, czyli ultragładka buzia bez poró...
    • ►  marca (3)
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2018 (29)
    • ►  grudnia (2)
    • ►  listopada (2)
    • ►  października (1)
    • ►  sierpnia (3)
    • ►  lipca (3)
    • ►  czerwca (6)
    • ►  maja (3)
    • ►  kwietnia (1)
    • ►  marca (2)
    • ►  lutego (4)
    • ►  stycznia (2)
  • ►  2017 (43)
    • ►  grudnia (1)
    • ►  listopada (5)
    • ►  października (2)
    • ►  września (4)
    • ►  sierpnia (5)
    • ►  lipca (4)
    • ►  maja (3)
    • ►  kwietnia (6)
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (4)
    • ►  stycznia (4)
  • ►  2016 (44)
    • ►  grudnia (2)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (1)
    • ►  września (5)
    • ►  sierpnia (5)
    • ►  lipca (2)
    • ►  czerwca (5)
    • ►  maja (5)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  marca (4)
    • ►  lutego (2)
    • ►  stycznia (3)
  • ►  2015 (40)
    • ►  grudnia (5)
    • ►  listopada (3)
    • ►  października (5)
    • ►  września (2)
    • ►  sierpnia (5)
    • ►  lipca (3)
    • ►  czerwca (2)
    • ►  maja (5)
    • ►  kwietnia (3)
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (3)
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2014 (4)
    • ►  sierpnia (3)
    • ►  lipca (1)

Popularne posty

  • Claresa - lakiery hybrydowe
    Claresa - lakiery hybrydowe
  • Jak dobrać idealną konturówkę do szminki? Jak przedłużyć trwałość produktów do ust? | Duet Idealny | Golden Rose
    Jak dobrać idealną konturówkę do szminki? Jak przedłużyć trwałość produktów do ust? | Duet Idealny | Golden Rose
  • Nie zakochałam się w Cyprze
    Nie zakochałam się w Cyprze
  • Loki w 15 minut? Automatyczna lokówka | Keratin Protect | Remington
    Loki w 15 minut? Automatyczna lokówka | Keratin Protect | Remington
  • New shades of NUDE | Nowe kolory MatteCrayon Lipstick | Golden Rose
    New shades of NUDE | Nowe kolory MatteCrayon Lipstick | Golden Rose

Facebook

Szukaj

Obsługiwane przez usługę Blogger.

by