Let's trippin!

09:00:00 Emilia Miller 0 Comments


Witam was w drugim tygodniu wakacji. Przed nami dwa miesiące beztroskiej zabawy i wyjazdów. Ja swoje wakacje rozpoczęłam jeszcze w czerwcu. Wyjazd, który był skazany na porażkę i brzydką pogodę okazał się być strzałem w dziesiątkę. Pomimo tego, że był zaplanowany na maj odbył się w przedostatnim tygodniu czerwca. Za niewielką dopłatą udało nam się przełożyć przejazd i piątkowy poranek wyruszyliśmy Polskim Busem do Zakopanego.

W godzinach popołudniowych wysiedliśmy na zakopiańskim dworcu autobusowym, gdzie przywitały nas panie słowami 'a może wolny pokój?'. Uruchomiłam Google Maps w telefonie i kierowaliśmy się zgodnie z zaleceniami nawigacji. Po kilkunastu minutach doszliśmy do celu i weszliśmy do małego, skromnego i zadbanego pokoiku, gdzie zrzuciliśmy na podłogę ciężkie, wypchane plecaki, a my sami rozłożyliśmy się na łóżku. 
Zwiedzać, chodzić i jeszcze raz zwiedzać! Taki był plan, a my wypełniliśmy go maksymalnie. Po małym odpoczynku wypakowaliśmy plecaki i zostawiliśmy w nich butelki wody, portfele oraz kurtki przeciwdeszczowe i parasolki. Zamknęliśmy za sobą drzwi i spokojnym krokiem wyruszyliśmy w kierunku Krupówek, które znajdowały się niecałe 10 minut drogi od naszego miejsca zamieszkania.

Co robić w Zakopanem?
Zachęcam was do zajrzenia na Antałówkę, zwłaszcza na wzgórze, z którego możecie podziwiać niesamowite widoki na Gubałówkę, Giewont i otaczające go góry, szczególnie przy zachodzie słońca. Jedna ze ścieżek prowadzi przez nową drogę koło zaniedbanego i nieczynnego hotelu Bristol wzdłuż strumyka, druga ścieżka leci przez las o liściach w kolorze świeżej zieleni.

Idąc Krupówkami warto skręcić w ulicę Kościeliską i odwiedzić drewniany kościółek wybudowany w góralskim stylu oraz towarzyszący mu Cmentarz Zasłużonych na Pęskowym Brzyzku, na którym pochowani są Kornel Makuszyński i Kazimierz Przerwa-Tetmajer. Cmentarz okazał się być miejscem, które skłania do refleksji, a spacer między nagrobkami i kapliczkami w świetle zachodzącego słońca sprawiło, że miejsce wypełnia się magią.

Drugiego dnia podjęliśmy się zdobycia Gubałówki, ale nawet nie pomyśleliśmy o wjeździe. Zapłacić około 20-30 zł za mało ciekawy widok z góry? Powiedzieliśmy stanowcze 'nie, dziękuję' i ruszyliśmy w górę. Nasze przekonania się sprawdziły i najpiękniejsze widoki podziwialiśmy właśnie po drodze. W połowie trasy możemy się zdecydować jak będzie wyglądać nasza druga połowa wyprawy. Wybraliśmy przejście przez most pod którym jeździ kolejka, a także widać moment w którym się one mijają.

Po niecałej godzinie (z postojami) staliśmy już na szczycie. Na Gubałówce przywitał nas deszcz i... mnóstwo budek, które zasłaniają widoki. W drogę powrotną udaliśmy się tą samą trasą. W trakcie odpoczynku zaplanowaliśmy swój obiad i udaliśmy się do restauracji za rogiem, którą, jak się potem okazało, odwiedziła wraz z Kuchennymi Rewolucjami Magda Gessler. 
Po wypełnieniu naszych żołądków pysznymi pierogami ruskimi skierowaliśmy się w stronę Wielkiej Krokwi, gdzie ponownie przywitały nas Krupówki VOL 3.  Wolnym i spokojnym krokiem ruszyliśmy w stronę naszego legowiska odwiedzając zakopiańską Biedronkę kupując bułki i mięsny wkład na kolację i śniadanie. Późnym wieczorem spakowaliśmy plecaki, żeby rano po posiłku wyruszyć na ostatni podbój gór.  Jednak nasze plany się zmieniły się w momencie kiedy ostatecznie opuściliśmy budynek, w którym spaliśmy. Ponieważ na naszych plecach ciążyły wypchane plecaki zrezygnowaliśmy z Morskiego Oka i udaliśmy się busem do Doliny Kościeliskiej.
W międzyczasie pogoda stale się zmieniała, niestety przez większość czasu towarzyszył nam wiatr, deszcz i chłód. Pod samym schroniskiem się przejaśniło, chyba specjalnie dla nas i dla tych cudnych widoków. Usiedliśmy na ławkach i odpoczęliśmy. Poprosiliśmy w schronisku o miseczkę z gorącą wodą i dwie łyżki, a na dworze wsypaliśmy do niej zupkę chińską z makaronem. Znów zaczęło padać, a my jedliśmy zupkę przy pięknych widokach pod parasolem pełni uśmiechu. Niestety uśmiech zaczął znikać na czas powrotu z doliny, pogoda coraz mniej dopisywała.


Będąc ponownie w centrum Zakopanego odwiedziliśmy kawiarnię. Zjedliśmy pyszne domowe lody od Żarneckich i odpoczęliśmy. Do 21 snuliśmy się po mieście, aż w końcu siedliśmy na dworcu autobusowym czekając ponad dwie godziny na Polskiego Busa. Zjedliśmy kanapki, obejrzeliśmy filmiki na YT, ale takie wyczekiwanie nie było moim marzeniem. Do Kielc dotarliśmy o 3:30 i spędziliśmy niecałą godzinę na dworcu czekając na pierwsze autobusy. Było niesamowicie zimno, ale wmówiłam sobie, że dla takich widoków jak wschód słońca i przebijające się przez mgłę promienie warto wytrzymać. Położyłam się po piątej i spałam do 13.. i wstając czułam, że zmarnowałam pół dnia. Prawda jest taka, że tyle co wstałam zaczęłam się pakować na dwa dni do Stolicy :D



Polski Bus przywiózł nas do Warszawy po 13. Metro, autobus, odbiór kluczy do mieszkania, znów autobus, aż w końcu usiedliśmy przy stole i zjedliśmy przygotowaną wcześniej przez M. zupę. Odpoczęliśmy i ruszyliśmy na podbój Warszawy zaczynając od plaży przy Wiśle.
Następnie Mostem Poniatowskiego udaliśmy się do centrum i skręciliśmy w ulicę Marszałkowską kierując się do Placu Hipstera.. ekhem. Placu Zbawiciela. Śmialiśmy się, że tani wyjazd to tani wyjazd i korzystając z aplikacji FourSquare wybraliśmy miejsce w pobliżu naszej lokalizacji, żeby zjeść obiadokolację. I po raz kolejny spotkał nas deszcz, na szczęście mocna ulewa i za razem szybka. Zatrzymaliśmy się na przystanku, żeby przeczekać, po czym okazało się, że Bar znajduje się tuż za nami.
Weszliśmy do środka i przywitał nas typowo hipsterski klimat tego miejsca. Po zjedzeniu naszych posiłków zdecydowaliśmy się jeszcze na coś drobnego.  Wybrałam ryż z jabłkiem i śmietaną za 5 zł.. i kiedy dostałam talerz nie zjadłam nawet połowy. Kopa ryżu na dużym talerzu, mnóstwo jabłek posypanych cukrem i cynamonem oraz duuuuża łyżka śmietany - moim zdaniem porcja na dwie osoby!
Po najedzeniu się ruszyliśmy przez Ogród Saski na Stare Miasto podziwiając po drodze piękną fontannę w świetle opadającego słońca. Udało nam się trafić na odpowiedni moment, w tym momencie pogoda nam niesamowicie dopisała. Ujrzeliśmy stolicę w pięknym świetle. Wolnym krokiem kierowaliśmy się w stronę mieszkania, gdy nagle zdaliśmy sobie sprawę, że jest prawie 22 i za chwilę wszystkie sklepy będą zamknięte. Cudem znaleźliśmy Biedronkę na Nowym Świecie i kupiliśmy odpowiednie trunki.

Znów siedzieliśmy do pierwszej w nocy w dobrym towarzystwie i smaczną pizzą, a rano ruszyliśmy na podbój miasta. Pogoda tego dnia na szczęście dopisała, a momentami było nawet za ciepło na rajstopy i czarną sukienkę. Głównym punktem drugiego dnia naszej podróży były Łazienki Królewskie. Po drodze zahaczyliśmy o najbardziej hipsterski (tym razem) sklep jaki kiedykolwiek miałam okazję odwiedzić. Mowa tu o Pan Tu Nie Stał. Kiedy weszłam  do środka od razu wiedziałam co chce kupić. Następnie przez Plac Zbawiciela i urokliwe poboczne uliczki dostaliśmy się do parku, gdzie spędziliśmy większość czasu. W drodze powrotnej znów odwiedziliśmy Bar Mleczny i obkupiliśmy się w przepyszne pierogi ruskie - nasze ulubione :)

Ostatnie dwie godziny spędziliśmy w centrum prażąc się na słoneczku i popijając kawę.

Nic nie kończy się tak szybko. Przez część drogi powrotnej śmialiśmy się, że znów odwiedzimy naszą stolicę za 7 dni :D
Tym razem pojechaliśmy na jeden dzień. Słoneczko tego dnia się do nas uśmiechało i pozwoliło na długie spacery po mieście, pod warunkiem, że będziemy mieć odpowiedni zapas wody. Kiedy wysiedliśmy na innej stacji metra niż zwykle, nieco zabłądziliśmy i znów znaleźliśmy się na Starym Mieście. Większość czasu spędziliśmy w Bibliotece Uniwersyteckiej nad Wisłą, a szczególnie w ogrodzie na dachu.
 Nie spodziewałam się, że ta budowla, a przede wszystkim ogród aż tak nam się spodoba. Nie dość, że jest niesamowicie duży, to są na nim punkty widokowe z których możemy podziwiać panoramę miasta. Trudno było nam opuścić to miejsce, jednak nasze brzuchy coraz głośniej prosiły o jedzenie. Udaliśmy się do lokalu w centrum o nazwie Du-ża Mi-Ha, gdzie serwują kuchnię wietnamską w dobrych cenach, świetnym smaku i idealnych porcjach. Najedzeni snuliśmy się bocznymi uliczkami centrum, a następnie zdecydowanie szybkim krokiem skierowaliśmy się do metra, żeby ponownie
udać się w trzygodzinną trasę do domu.


Podsumowując:
Zakopane - około 45-50 km pieszo, 60 zł transport w dwie strony (zmiana terminu spowodowała wzrost kosztów), 60 zł za dwie noce, maksymalne ograniczenie dodatkowych kosztów w postaci dojazdów
Warszawa (łącznie) około 40 km pieszo, 20 zł (pierwszy termin) + 5 zł (drugi termin), nocleg u rodziny, koszty biletów transportu publicznego - nie więcej niż 8 zł.
Dodatkowo:
Masa zdjęć.
Niezliczona ilość wspomnień.
Dużo uśmiechu.
Nowe doświadczenie i przeżycia. 



Kocham to. Podróże są jedną z moich pasji i ciesze się, że mam z kim ją dzielić oraz ją rozwijam.

Wolicie podróżować na własną rękę czy z biurem podróży? Jak spędzacie wakacje? Wolicie wypoczynek aktywny czy bierny? 

Zobacz także..

0 komentarze: