72h in Vilnius

11:53:00 Emilia Miller 2 Comments

Nie znam wielu osób, które na wakacje udają się w kierunku przeciwnym niż południowy-zachód. Po słonecznym i gorącym Rzymie, a następnie przyjaznym wszystkim ludziom Kostrzynie nad Odrą znalazłam się w stolicy Litwy. Razem z moim najlepszym podróżniczym kompanem, moim chłopakiem, po raz pierwszy odwiedziliśmy kraj północnego wschodu.






Straciłam poczucie czasu i pieniędzy i nawet nie pamiętam, kiedy zakupiliśmy bilety. Po tygodniowej przerwie od powrotu z Woodstocku w niedzielny poranek wyruszyliśmy na kieleckie UFO, gdzie czekał już na nas autokar Lux Express. Po niecałej trzygodzinnej podróży wysiedliśmy w Warszawie, w tym przypadku inaczej niż przy jeździe Polskim Busem, bo na stacji Metro Marymont. Następnego dnia o godzinie 4 już byliśmy na nogach. W wielkich miastach, w tym w Warszawie, cenię sobie to, że istnieje masa zarówno nocnych jak i dziennych autobusów, doskonałe połączenia niezależnie od godziny nawet metrem, co też pozwoliło nam na sprawny dojazd na Młociny. Przed godziną szóstą siedzieliśmy już na siedzeniach Polskiego Busa. Czas podróży: 9 godzin (zmiana strefy czasowej).


O 16 postawiliśmy pierwsze kroki na wileńskim dworcu autobusowym. Przywieźliśmy ze sobą z Polski dobrą, słoneczną pogodę. Otworzyliśmy mapę i z wypchanymi po brzegi plecakami ruszyliśmy w kierunku Ostrej Bramy. Przywitały nas masy polskich wycieczek, a nie japońskich jak w Rzymie. Ulicą wychodzącą spod bramy kierowaliśmy się do placu katedralnego, aby tam zaznać trochę spokoju i znaleźć miejsce, gdzie kupimy coś do przegryzienia. Spędziliśmy dzień w centrum miasta, a o 19 zaczęliśmy szukać naszej noclegowni. Tym razem nam się udało i dzięki serwisowi couchsurfing znaleźliśmy dziewczynę, która wraz ze swoim partnerem zgodzili się nas przenocować. Pomimo tego, że para była miła, to tak naprawdę nic poza tym. Wymieniliśmy z nimi kilka zdań, wydawali się wyjątkowo niechętni do dalszej rozmowy. Pokazali nam na mapce miejsca, które warto odwiedzić i zasiedli do swoich komputerów w osobnym pokoju. Rano przed siódmą, kiedy my jeszcze spaliśmy,  zachowywali się niewiarygodnie głośno, a w szczególności dziewczyna. Niemniej jednak, cieszyliśmy się z możliwości darmowego noclegu, niewielkie niedogodności nie przeszkadzały nam więc szczególnie.


Każdy dzień rozpoczynaliśmy od wyprawy do  hipermarketu znajdującego się uliczkę dalej. Bułka, jogurt i śniadanie mistrzów gotowe! Następnie ruszaliśmy w stronę ścisłego centrum oddalonego o 2 kilometry od mieszkania.


Ostra Brama to najbardziej charakterystyczne miejsce w stolicy Litwy. Naszą wycieczkę po mieście rozpoczęliśmy od przejścia pod nią. Znajdując się już po drugiej stronie bardzo łatwo zauważyć odmienność tej części. Poza licznymi kamiennicami, gdzie naprawdę zdecydowana większość jest zadbana, odnowiona i kolorowa, to co uliczkę znajdziemy tu kościół lub cerkiew zachowane w idealnym stanie.



Plac Katedralny wraz z klasycystyczną katedrą umieszczony jest w północnej części starego miasta, niedaleko rzeki. Z jednej strony można dojść do niego od Ostrej Bramy, z drugiej idąc główną ulicą Giedymino. Kościół różni się pod pozostałych w tej części miasta, nie ma w nim tak mocnych wpływów baroku i romantyzmu, jest za to jasny, przejrzysty, potężny, ale zarazem bardziej ciężki i surowy. Wejściowa strona nawiązuje wyglądem do rzymskiego panteonu. Tuż obok wejścia znajduje się wieża stanowiąca spójną całość z katedrą.
Na placu znajdziemy zarówno trochę cienia, jak i otwarte, równe i nasłonecznione płyty, które są oblegane przez młodzież na rolkach, deskorolkach, jak i tych grających frisbee.



Na północ od wejścia znajduje się Muzeum, a stojąc pod nim widok zasłoni nam wzgórze z ruinami zamku, na które obowiązkowo trzeba się wspiąć. Warto odwiedzić to miejsce o dwóch różnych porach: w trakcie dnia i przy zachodzie słońca. Już przed samym szczytem mamy możliwość podziwiania widoków. Z jednej strony widać nową część miasta pełną przeszkolonych budynków i blokowisk. Po przeciwległej stronie mamy widok na czerwone dachówki starego miasta oraz kopuły i wieże miejsc sakralnych.
Na ruinach dawnego zamku można zarówno siedzieć, jak i chodzić. Można także wdrapać się (za niewielką opłatą) kilkanaście schodków na basztę, aby móc podziwiać nieograniczony widok na stare i nowe miasto.

















Główna ulica Giedymino to długa, szeroka wstęga z kostek, po której obu stronach znajdują się sklepy, knajpki i restauracje. Oblewają ją wysokie, zadbane kamiennice, które nadają temu miejscu charakterystecznego wyglądu, przypominającego nieco Krakowskie Przedmieście w Warszawie. Podobno wieczorem wyłączają na niej ruch samochodowy, jednak ani razu tego nie dostrzegliśmy.


Główny rynek z centralnie umieszczonym klasycystycznym ratuszem znajduje się na ulicy dla pieszych pomiędzy Placem Katedralnym, a Ostrą Bramą. Jest to kolejny budynek, a przy okazji nie ostatni, który wyglądem nawiązuje do Panteonu. Dookoła znajduje się kilkanaście kawiarni i restauracji otoczonych zgrabnym, kolorowymi budynkami, w tym także mamy tu oznaczone tabliczką miejsce, które Wieszcz Narodowy opuścił i już nigdy nie wrócił.




Zdecydowaną większość obiektów odwiedzanych przez turystów stanowią miejsca sakralne. Należą do nich kościoły, cerkwie, synagogi i kienesy. Można je spotkać co krok. Każda z nich różni się od siebie. Kościoły przede wszystkim wywodzą się z baroku, co widać gołym okiem. Panuje w nich przepych, są zalane zdobieniami i złotem, a kolumny wykonane są z barwnego marmuru. Ciekawostką jest, że jeden z nich, a konkretnie kościół św. Kazimierza, po wielu latach od powstania, za sprawą władz radzieckich po drugiej wojnie światowej,stał się Muzeum Ateizmu z pomnikiem Lenina w głównej części kościoła, jednak teraz powrócił do swojego pierwotnego przeznaczenia.
Barwne cerkwie z przepięknymi ikonami nie towarzyszą nam tak często jak kościoły. Są to budynki, które zarówno z zewnętrznej strony, jak i wewnętrznej są bogate na inny sposób niż katolickie budynki, a także są bardzo kolorowe. Mniejszość stanowią kienesy, a także synagogi, których niegdyś w Wilnie było 100, dziś została tylko jedna, a w dodatku do żadnego z tych miejsc nie można wejść do środka. Pozostało nam jedynie podziwiać ich odmienność z zewnątrz.





























Będąc w temacie miejsc związanych z religią, warto także zajrzeć na Cmentarz na Rossie, gdzie pochowane jest serce Józefa Piłsudskiego oraz jego matka. Miejsce robi niesamowite wrażenie. Cmentarz jest wyjątkowo rozległy, umieszczony  w ciekawej lokalizacji, gdyż jedna część znajduje się zdecydowanie niżej. Będąc tam można poczuć magię. Cmentarz na Rossie podczas naszej wizyty świecił pustkami, prawie nikt się po nim nie kręci, szare nagrobki gaszą świeżozielony kolor traw i liści drzew, idealnie się komponując. Drobny deszcz, który nam towarzyszył (wyjątkowo! Na szczeście tylko kilka minut) sprawił, że szliśmy stale przed siebie odkrywając to coraz starsze nagrobki i groby rodzinne, niektóre już walące się i zniszczone, ale ciągle z zapalonymi zniczami.




Warto zajrzeć na Wileńskie Zarzecze zwane Użupis oddzielone od starej części miasta wąską rzeką Wilejką. Jest to niesamowicie urokliwe miejsce, dobre na mały odpoczynek w plenerze. Ciekawostką jest to, że Użupis ogłosiło swoją niepodległość, przyjmując nazwę ‘Republika Zarzecza’ i każą się traktować jak normalne państwo, jednak do tej pory nikt nie bierze tego na serio :)








Nową część miasta, znajdującą się za rzeką, odwiedziliśmy ostatniego dnia w celu znalezienia wileńskiej kienesy. Niestety ta również okazała się niedostępna dla turystów. Pomimo niewielkiej odległości od ścisłego centrum, zdecydowanie się różniła. Większość przestrzeni zajmowały domki i bloczki, nic nie znaczące dla historii czy dla podróżników, jednak z pewnością nie mniej urocze, zwłaszcza te drewniane i kolorowe.


Ostatnim punktem, który warto zobaczyć będąc na Litwie jest miasteczko Troki. Charakteryzuje się ono specyficzną i ciekawą lokalizacją. Jest to półwysep, oddalony od Wilna 28 kilometrów,  oblewany przez cztery jeziora. Wysiadając na dworcu autobusowym wystarczy podążać za tłumem, aby obrać właściwy kierunek i myślę, że wystarczy spełnić jedynie ten warunek, ponieważ nie da się tu zgubić. Główna ulica jest tylko jedna i prowadzi tam, gdzie wszyscy zmierzają, czyli do zamku. Lecz, aby dostać się tam dostać należy przejść na inną wyspę, a tam ponownie na kolejną :) Jeśli doskwiera wam wysoka temperatura warto obejść zamek i znaleźć spokojne miejsce z dostępem do jeziora (powolny spadek, bez uskoków) i zaznać spokoju w cieniu zanurzając nogi w chłodnej wodzie.
Wzdłuż wybrzeża na stałej części (półwysep) spotkamy całą masę stoisk i sklepików ze wszystkim, a także kawiarnie i restauracje. Można także skorzystać z rowerków wodnych bądź zaznać kąpieli w jeziorze. Oddalając się od zamku i lini brzegowej warto przejść się uliczką pełną karaimskich domków, które są szczególnie związane z tym miastem. Są one niemożliwie urocze i barwne, aż żal od nich odchodzić.















Jako, że Litwa  znajduje się w tej samej strefie klimatycznej co Polska, wiedzieliśmy czego się spodziewać, a ponieważ w sierpniu panowały wszędzie afrykańskie upały, to i tam nie było na co narzekać! Wilno to miasto w wyglądzie przypominające Warszawe, porównując tu zabudowę Starego Miasta. Zdziwiło mnie jednak, kiedy dowiedziałam się, że mieszka tu ponad 500 tysięcy ludzi.. podczas gdy ja myślałam że jest ich zapewne nie więcej niż w Kielcach (200 tys.) Wszystko za sprawą tego, że poruszaliśmy się po ścisłym centrum, a mimo to częstym widokiem na jego obrzeżach były  stare, zaniedbane, ale zamieszkiwane domki, niczym wyjęte z jakiejś wioski. To niestety obniżyło moją ocenę o tym mieście, niemniej jednak bardzo mi się tu spodobało. Nie ma co porównywać tego z naszą poprzednią wyprawą do Rzymu, tam było zupełnie co innego, w końcu odległość robi swoje (klimat, historia, architektura). Tutaj, chodząc między uliczkami Starego Miasta, czuliśmy się jak u siebie, jak w pomniejszonej Warszawie, z tą różnicą, że mniej słyszalny był tutaj język polski.


Podsumowanie
Za cały przejazd wydaliśmy łącznie 90 zł, z czego trasa Kielce-Warszawa-Kielce kosztowało nas aż 20zł! Czyli do Wilna i z powrotem dojechaliśmy za 70 zł :)
Nocleg zdobyliśmy dzięki serwisowi Couchsurfing. Było to moje pierwsze doświadczenie z tym serwisem i pomimo średnich wrażeń nadal planuję z niego korzystać.
Ponownie nie korzystaliśmy z transportu publicznego, wszędzie chodziliśmy pieszo, czyli tak jak lubimy. Straciliśmy dzięki temu kolejne centymetry i kilogramy :) W końcu ruch to zdrowie. (wyjątek stanowił półgodzinny dojazd busem do Trok i z powrotem, cena: niecałe 2 euro za stronę)
Ceny w Wilnie są porównywalne z tymi w Polsce, z tą różnicą, że płacimy w euro. Zdecydowanie tańsze są tutaj alkohole. Ponadto w zwykłym hipermarkecie mamy wybór większy niż w przeciętnym polskim sklepie, co jest u mnie na duży plus. Ogromne półki nie tylko z alkoholami, a także z nabiałem, pieczywem czy przyprawami.
Jeśli chcecie wybrać się na dobry obiad lub odwiedzić klimatyczną kawiarnię polecam wam skorzystać z aplikacji Forsquare. Nam się udało trafić w dobre miejsce bez niczyjej pomocy. Weszliśmy do lokalu gdzie trudno było zdobyć miejsce, a ceny w środku pozytywnie nas zaskoczyły. Polecam wam odwiedzić restauracje i knajpki, gdzie znajdziecie lokalne jedzenie. Na chybił-trafił wybraliśmy dodatek do naszych dań, czyli placków ziemniaczanych lub drugiego dnia - Zeppelinów.
Łącznie, na przeżycie i przyjemności wydaliśmy 25 euro

A na koniec specjalne trzy zdjęcia przedstawiające szczęście jakie dają nam wspólne podróże :)



Była to nasza kolejna podróż Polskim Busem za małe pieniądze i taki sposób na zwiedzanie świata wam polecam!
Czy kraje północnego wschodu dobry wybór na wakacje?
Biura podróży czy podróżowanie na własną rękę?
Odwiedziliście lub chcecie odwiedzić kiedyś Litwę?

Zobacz także..

2 komentarze:

  1. Chciałabym się w przyszłosci wybrać do Wilna,swietne zdjęcia:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetna fotorelacja! :*
    Bardzo podoba mi się twój blog ;)
    emkablogerka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń